Strona 324

od słońca. Cała jej odzieżą były szerokie spo. dnie tureckie i stare bóciki, a w pasie przywiązana była do konia. ' U wierzchu siodła wisiała znaczna liezba tykiew wodą napełnionych, i mosiężne naczynie. Kobiecina ta krążyła pomiędzy szeregami, chłodziła rannych i tych co pragnieniem znużeni siły stracili. Podwakroć .potrzebowałem jej przysługi, ponieważ upał i kurzawa nieznośnie mi dokuczały. K

Po tej pamiętnej bitwie, Cla.pperlon powrócił do Soecatou z sułtanem, który kazał mu na mieszkanie przysposobie tenże sam dom , w którym podróżny ten dawniej mieszkał. Bawił on fam przeszło sześć miesięcy, który to czas poświęcił na zbieranie wiadomości najdokładniejszych o. Fellatach i Foulahah z Foula-Torro, Fouta.Jella > i t. p. j o ieh podbojach w Houssa, ieh obyczajach, stanie towarzyskim, rolnietwie, handlu i rękodziełach. Wkrótee. po jego przybyciu, odebrał wizytę jednego z sekretarzy sułtana. BcHo , który go zawiadomił, że sułtan nie dozwoli mu wyjechać bez eskorty, nawet do Bornu, którego kraju szeik był naówczas w wojnie z Fellatami. M Nadto, przydał oo, w czasie pierwszej twojej podróży, szeik Bornu pisał do mego pana, zachęcając go aby cię zamordował, ponieważ jesteś przysłany jako szpieg przez Anglików, aby im przez poznanie kraju tego ułatwie jego podbieie, i przez podobnych to posłów ziomkowie twoi po-znawalf naprzód (ndoslaii, aż do chwili, w której ujrzeli

Strona 325

się doić moenymi do opanowania k raju tego.« Clapperton odpowiedział, iż jest t ć m niezmiernie '' zdziwiony, gdyz przez czas pobytu swego u szcika Boruu, i w chwili odjazdu ztamtąd, otrzymał od niego dowody szaiicunku i przyjaźni. Nalegał 'wiec o pokazanie mu listu tego, który jednak nigdy mu nie był udzielony; alc.sułtan sam powtórzył, źc go odebrał, i że był pisany przez Hadgy -Mohatneda , z rozkazu szcika. Nakouiec sułtan rozkazał, aby sprowadzono z Kano do Soecatou służacego Clappertona, r. całym ładunkiem i podarunkami które były przeznaczone dla szcika Bornu. Bello zabrał wszystkie paki, pod pozorem iz Clapperion wiózł strzelby dla przyjaciela swego szcika Bornu, i r«?kazał nadto, aby list lorda Bathurst, do tego szelka adresowany, jemu samemu był oddany. Postępowanie to dotknęło boleśnie CJappertona, którego od tej chwili Ryszard Łander już nigdy uśmiechającego się nie widział. Oświadczył Gadadowi, iż postępek sułtana Bello nie był przyzwoity na monarchę wiernych, że nie dochował przyrzeczonej wiary, i t. p. Gadado odpowiedział mu, ze nietylko szcik, ale i dwaj haggy z Tripoli, którzy pisali do sułtana Bello, obwiniali go także iż był szpiegiem, i dodawali, iż Angliey gotowi byli do postąpienia z Afryka tak jak postąpili z Indianami.

Wszelako po zupełnej porażee wojska Boruu przez FeUatahów, sułtan stał się przystępniejszy i zdawał sio powracać do dawnej życzliwości dla
Clappertona. Ostatnie wyrazy opisu naszego nieszczęśliwego wedrownika, okazują nam sułtana Bello naradzającego -sip z nim po przyjacielsku nad środkami z.apewniająecmi mu bezpieczny powrót do Anglji. Lecz niestety ! już było zapó- źno. Zdrowie Clappertona, który nigdy zapełnie nie przyszedł do siebie od owej fatalnej nocy przepędzonej nad brzegami bagien Bawijskieh, zostało mocniej jeszcze nadweręzone w Soeca- tou, przez zgryzotę jaką mu sprawiło niespodziewane i nieszlachetne postępowanie dawnego jego przyjaciela sułtana Bello.

Strona 326

. Na dniu 12 marca kończy się dziennik Clappertona? dziennik zaś Ryszarda Lander tegoż sa- mcgo dnia się zaczyna. Oddawszy ostatnia przysługę nieszczęśliwemu pqnu swemu, wierny ten sługa znalazł się sam w najopłakańszym stanie, bez przyjaciół, otoczony barbarzyńcami w ów- czas bardzo nieżyczliwymi, niezmiernie oddalony od swój ojezyzny, i zagrożony wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwy. Jego szczere opowiat danie, i szczegóły które przytacza o sposobie jakim wydobył się z okrutnego położenia swego, i powrócił nakoniec w ojezyste progi, przebłąkaws/y cztery miesiące w krainach dzikieh, których jeszcze żaden Europanin przed nim nie zwiedził> niemniej są zajmujące jak najeiekawsze miejsca opisu Clappertona. Umieścimy lu niektóre wyjątki % dziennika jego. Oto jest rozrzewniający o- braz ostatnieh chwil życia Clappertona:

Strona 327

»Upadł był nieznośny; termometr Fahrenhci- ta stał na słońcu przy 107 stopniu w południe, a 109 o trzeciej godzinie. Na prośbe pana mego, urządziłem mu posłanie w cieniu, obok jogo szałasu; i rozciągnąłem przy nim mate dla siebie. Przez pięć dni wynosiłem go zawsze z łóżka na którem leżał w szałasie do tego które mu przyrządziłem na^ otwarłem powietrzu, i co wieczór zanosiłem go tam nazad. Szóstego dnia niepodobna mu było podnieść sic. na łóżku. Ras lylko podezas choroby swojej, chciał on pisać; ale nim mu przyniosłem atramentu i papieru, u- padł na łóżko znużony tem wysileniem, jakie uczynił cheąc siedzieć. Z pierwszych symptomów choroby sądziłem że P. Clapperton jest o- truty; ale zapewnił mnie że zasłabł na polowaniu, położywszy sie na wilgotnej ziemi

Przebył on dni dwadzieścia w opłakanym stanie. Napróźno mówił mi że nie cierpi wcale; widziałem dobrze, jak postrzegając mój smutek, u- siłował go ukoić. Musiał on najprzykrzejszych doznawać boleści; niknął codziennie. Giało jego, tak silne, tak inczkie , zamieniło się prawie w szkielet. Sen miał niezmiernie niespokojny, a co chwila napastowały go różne marzenia; w czasie których usta jego wyrzekały złorzeczenia przeciwko zdradliwości Arabów. J c dc u z nieh, należący do pokoleń Fczzańskieh, przybył razu pewnego ofiarując mu modlitwy swoje jako pomoc lekarską; ak P. Clapperton. kazał mu wyjść natychmiast. Codziennie, czytałem mu niektóre miejsca z biblji oraz psalm 98, a w niedzielę odmawiałem msze, której słuchał z czułą pobożnościa. Wszelako,niespokojność, znużenie, czu. vania ustawiezne, niezmiernie mnie osłabiły- Na kilka dni przed śmiercia pana. mego dostałem febry zapalnej, z której ledwie nie umarłem.

Strona 328

» W pierwszych dniach kwietnia P. Clapperton, widzac zbliżający się koniec cierpień swoieh, usiłował ożywie resztę sił jakie mu pozostały,

aby mi dać ostatnie instrukcje W ciągu tej

rozmowy, która trwała prawie przez dwie godzi. ny, kilka razy zemdlał. Tegoż wieczora, w chwili ulgi jakiej mu cierpienia dozwoliły? zatrzymał on sie; ale w krótee budząc się nagle: »Nie »słyszałeś, rzekł do mnie, odgłosu pogrzebo- »wego dzwonu ? Pewny tego jestem; zabrzmiał 011 «w uszach moieh.— Dobrypanie, odpowiedziałem »uiu, uspokój się czyli dozwolisz się czczym marze- »niom pognębie? Wszak ci wiadomo, że chorzy »mniemają często iż słyszą lub widzą przedmio- »ty niemające żadnej rzeczywistości.« Nie odpowiedział na to wcale; ale po kilku chwilach milczenia, widząc boleść moją i osłabienie: nPrze- »bacz, mówił mi, z słabym uśmiechcm; prze- »bacz obłąkaniu chorego »Dnia 13 kwietnia ze świtem, przebudzony zostałem'ostatniem odezwaniem się pana mego. »Ryszard !…. Ryszard!…." mówił on głosem słabnacym, przerywanym przez wysilone odelchnienia konania.

Strona 329

Przelekniony, przybiegłem do niego. Siedział na łożku, i rzucał do koła siebie pełne trwogi spojrzenia. Objałem go rękami, a opierając lekko głowę jego na mych piersiach, wlepiłem w jego wybladłe i zmienione rysy łzami zalane o- czy. Jakieś niewyraźne słowa skonały na u- stach jego. »Boźe! pan mój umiera!« zawołałem przeraźliwie. Na ten odgłos, dwaj niewolniey nasi, Pascoc i Mudey weszli do szałbsu. INie- szczęśliwy wydał ostatnie tehnienie. Umyliśmy ciało jego i wynieśli z szałasu, a złożywszy je na dwóch matach, obwinęliśmy prześcieradłem i kołdrą. Posłałem następnie umyślnego, do sułtana Bello,_ zawiadamiając go o tym nieszcześliwym wypadku, i proszac o pozwolenie pogrzebania pana mego podług zwyczajów angielskieh. Bello zezwolił na to; a w południe przybył od niego Arab t czterema niewolnikami, dla wykopania grobu. Poszedłem za nimi w towarzystwie Pascoego fMudeya, prowadzac wielbłada na którym przywiązałem szanowne zwłoki nieszcześliwego Clappertona, okryte śmiertelnćm prześcieradłem. Taki był kondukt pogrzebowy. Wolnym postępując krokiem zatrzymaliśmy się w Jungari, małej wiosce zbudowanej na spadku wzgórza, ó 5 mil na południc-wschód od Sac- catou. Złożono iciało pod szopa, czekając na wykopanie dołu; następnie zaniesiono je na brzeg tego ostatniego schronienia. Otworzyłem w ów- czas xiążke moją od nabożeństwa , i głosem łka-

Strona 330

uiami przerywanym dopełniłem pogrzebowego obrzędu na zwłokach mego zaenego i kochanego pana. Ten boleśny obrzęd nie miał innych świadków oprócz Boga miłosierdzia, do którego modły moje zanosiłem; niewolniey znajdowali się w pewnem oddaleniu, zajęci kłótnia pomiędzy sobą. Po skończeniu modłów pogrzebowych, przywołałem ieh do grobu; Powierzyliśmy ziemi czcigodne zwłoki. Rzuciłem ostanie wejrzenie na wszystko co pozostało po takiej szlachctności i lakiem męstwie, i we łzach tylko pociechę znajdo wałem. <t

Łander znajdował sie w ówczas o 115 dni od wybrzeża. Sułtan Bello chciał zrazu zatrzymać go u siebie w niewoli, ale na przedstawienie jednego z officerów swoieh, pozwolił mu nareszcie opuście Soecatou i udać się do Kano. Ruszył więc w drogę 4 maja, zabierajac z soba pozostałe po] panu rzeczy, oraz prowadząc dwóch niewolników Pascoego i Mudeya, trzy wielbłądy i dwa konie. Wkrótee przyłączył się do karawany złożonej blisko z czterech tysięcy osób, najwięcej handlujących solą powracających do Kilgris, pielgrzymów udających się do Mekki, kupeów z Gonro, dążących do Rano, Nyffe, itp. Karawana la prowadziła z sobą niezmierna ilość wielbłądów, koni, bawołów itp. Znajdował się. tam król kraju Jacoba z piędziesięciu niewolnikami. Przybył on dla ofiarowania ieh sułtanowi Soccatou, ale ten widząc źc król ów poniósł
tnaczne straty w ludziach i w bydle, oraz ź« miał wieie wsi spalonych w czasie swych wojen z szeikiem Bornu, nie przyjął tego daru, i prosił króla z Jacoba aby ieh nazad zabrał. Ja- coba lezy na południo-wschód wzgledem Soeca- tou ; mieszkańcy tego kraju są ludożercami po-

Strona 331

dobnie jak i Yamyanie, ieh sąsiedzi Lan-

der saledwie nie uległ przemocy utrudzenia i pragnienia pożerającego: nWidząc sie w niemożności odbywania dalszej podróży, mówi on, kazałem Pascoemu aby zatrzymał wielbłądy i poszukał wody. Tymczasem zsiadłem z konia, i spocząłem przy drodze, pod drzewem; rzadkie liscie słabo mnie zasłaniały od promieni afrykańskiego słońca, od którego.rozgrzane wędzi-, dło konia mego parzyło mnie w rękę. Błagałem wszystkieh przechodzących, abymi sprzedali kilka kropel wody; ale barbarzyńcy nie cheieli lego uczynie, i mówili z obojetnością między sobą: »To jest kafir, niech sobie umi£ra!« Nako- niec młody jeden Fellah z Foutatoura, postrzegłszy mnie, zbliżył się z uśmiechem wołając: nNasarechi nasarech, trissimanora, (chrześcijaninie, chrześcijaninie, ruszaj sobie dalej!«— Umieram, z trudów i pragnienia, rzekłem do niego, i niepodobna mi jest krok jeden dalej postąpie. Na te słowa młodzieniec dał mi małą tykwę napełnioną wodą; napiłem się cokolwiek, a resztę dałem wypie koniowi, zmoczywszy mu wprzód nozdrza. Ci co widzieli owego Fellaha dopełnia-.

Strona 332

jącego tego czynu miłosierdzia, wyrzucali mu z żywością że dozwolił napie się chrześcijaninowi ;'ale on, pokazując im dwururną strzelbę, rzekł iż to był dar jednego z ziomków moieh, za który powinien być wdzięcznym. Woda której cokolwiek się napiłem przywróciła mi w tej samej chwile stracone siły; ale wkrótee potem stałem się tak słabym jak byłem wprzódy; nogi mi nabrźmiały, i w cułćm ciele przy. krych doznawałem boleści. Nakoniec po trzech lub czterech godzinach najokropniejszego oczekiwania, postrzcgłem Pascocgo, siedzącego spokojnie pud drzewem i rozmawiającego z. Mudc- yem, kiedy tymczasem wielbłądy pasły się w pobliskości. Już chciałem roztrzaskać głowę łotrowi co się natrząsał z cierpień moich ; ale wstrzymałem się, pomyślawszy że los papierów pana mego. i iycie moje w jego były ręku. Zapytałem go tylko dla czego mi wody nie przy. niósł?— na co on odpowiedział zimno: ^Ponieważ byłem utrudzony.«

»Król Jacoba okazał mi w drodze wielo życzliwości i ciągle mi towarzyszył. Zapraszał mnie usilnie, abym przybył zwiedzie jego królestwo, obiecując mi ile będzie mógł pobyt mój uprzyjemnić i spokojnym uczynie. Powiedział mi iż vi bitwie którą stoczył z szcikicui Bornu, na czele poddanych swoieh i Yamyanów, sprzymierzeńców, poniósł bardzo znaczne straty; iż nzeź była okropna, jego wojsko zupełną poniosła klę*

Strona 333

skc, że ledwie nie dostał się w niewolę; i że nazajutrz, Yamyanowie , powróciwszy napoic bitwy, unieśli trupy nieprzyjaciół, a upiekłszy je, okropną sobie sprawili biesiadę

»D. 15 Maja, o drugiej z południa, zatrzymaliśmy sie przed bramami Damoy, małego miasteczka murem otoczonego, w kraju Houssa. Mieszkańcy tamtejsi powiadali mi, ii pasmo gór które postrzegałem od południa na horyzoneie, rozciagało się aż do wody słonej (tak nazywają ci barbarzyńcy ocean), i że było zaludnione przez Yamyanów, o których skłonności do ludozerstwa mnie zapewnili.«

Lander przybył 25 maja do Kano, gdzie zatrzymał się aż do 29. »Dzień l czerwca przepędziłem w Bebaji, a o dwie mile od tego miejsca trafiłem na dwie drogi, z których jedna do Nyffe, druga do Funda prowadziła. P. Clapperton powiadał mi, iż jeśli będę powracał przez Nyffe i Yourriba, mieszkańcy, uwiadomieni o tem i£ wiozłem podarunki dla sułtana Bello ieh nieprzyjaciela , niezawodnie mnie zamordują. 0- bawa ta, połaczona z zywćm pragnieniem ogladania Funda, miasta leżacego nad brzegiem Ni- gru, i udania się w czółnie z biegiem tej rzeki, aż do Beninti, skłoniła mnie do udania sie dro. gą do Funda. D. 4go czerwca, przybyłem do stóp góry rfromej zwanej Almena^ złożonej z niezmiernych sztuk granitu, nagromadzonych przypadkowo jednych na drugie, i wiszących nad