Strona 213

Nadefszła wreszcie noc; wspomniałem sobie jakeśmy poprzedzająca przepędzili; mój Cieerone i Indjanin spoglądali na mnie z uwagą, a ieh największą obawą byli mieszkający po drugiej stronie rzeki Chunkasowie. — Ponieważ jednak ci nigdy w porze dżdżystej rzek nie przebywają, zabezpieczeni tem, nazbieraliśmy drzewa i wkrótce płomienie zabłysły nad rzeka. Muły .zapędzono znowu do obwodu ognia, usiadłem obok towarzyszów moieh, i zamiast spać, kurzyłem tytuń i pilnem okiem strzegłem bezpieczeństwa mego. Noc była piękna i gwiazdzista; rzeka gwałtownie szumiała; wściekła muzyka nie długo się słyszeć dała, straszliwe zwierzęta ukazały się naprzeciw nau», a na drugiej stronie rzeki usłyszałem ryczenie, które podobne było nretylko do ryku wołu ale i tygrysa. Strzeliłem znowu na oślep i cheiałem na nowo broń nabijać, kiedy wtem Indjanin wydał krzyk okropny; spojrzałem do koła, i postrzegłem z n aj większą spo- kojuoscią niesłychanej wielkości tarantulę, z rozwarta paszczą, czarną szerścią okrytą, na swoieh sześciu nogach ku nam postępującą. Porwałem za kij i w tymże mgnieniu oka ku niej go nadstawiłem : nigdy jeszcze nie widziałem okropniej."- szego zwierza; jednem zamachem wtraciłem ja w ogreń, i mocny krzyk dał sio słyszeć*— Nazajutrz zrana znaleźliśmy znowu czterech, wężów

  1. No comments yet.

  1. No trackbacks yet.